poniedziałek, 13 lutego 2017

Zimowy Niezbędnik Atoderm Bioderma

Nie wiem jak was, ale mnie zima już wykańcza... Nie tylko mróz, śnieg i wiatr, ale dla mnie prawdziwą zmorą w tym roku okazało się ogrzewanie. Usta wysychają, pękają, wręcz palą jak żywym ogniem przypiekane. Dłonie w kontakcie z gorącą wodą i suchym powietrzem są szorstkie, skóra pęka i wręcz wołają o nawilżenie i regenerację. Na szczęście jest dla nich ratunek, jakim jest mój niezbędnik zimowy z serii Atoderm od Biodermy. 

 
Dermokosmetyki z tej serii przeznaczone są dla skóry suchej, bardzo suchej, atopowej oraz normalnej, która tak jak moja zimą potrzebuje aby odbudować płaszcz hydrolipidowy. Balsam do ust oraz krem do rąk serii Atoderm to prawdziwy pomocnicy nie tylko w zimowej pielęgnacji.

Odżywczy krem do rąk i paznokci Atoderm Mains & Ongles ma lekką, kremową konsystencję. Rozprowadza się bardzo dobrze i wchłania szybko, a co najważniejsze - dłonie nie są wcale lepkie po nałożeniu kremu, a wręcz pozostawia pudrowe, przyjemne wykończenie  - można więc działać dalej. :) Skóra jest gładka i elastyczna, a już po kilku użyciach wyraźnie zregenerowana. Co ważne - chroni nasze dłonie i nawet po umyciu rąk wciąż czuję go na swojej skórze. Pachnie cudownie!




Odżywczy i regenerujący balsam do ust Atoderm Levres Balm o przezroczystej, lekko żelowej konsytencji od razu po nałożeniu koi usta. Przyjemnie się rozprowadza i wchłania, tworząc barierę ochronną, przy czym wcale nie jest tłusty. Świetnie nadaje się pod kolorowe kosmetyki. Po kilku użyciach pęknięcia znikają, usta są gładkie i miękkie. Jest bezzapachowy i jak wcześniej wspominałam bezbarwny. Zdecydowanie najlepszy, nie tylko zimą - sprawdził się pod  wysuszającymi usta matowymi szminkami czy chroniąc przed palącym słońcem latem. :)



Zestaw ten nazwałam zimowym niezbędnikiem, ale jak wspominałam jest ze mną również w innych porach roku. Polecam wypróbować, jeśli szukacie idealnego kosmetyku do rąk czy ukojenia dla swoich ust. Niebawem zrecenzuję dla Was olejek do kąpieli z serii Atoderm, który skradł moje serce na dobre.

piątek, 10 lutego 2017

Książka Stycznia - Żarna Niebios

Nic, co anielskie, diabelnie nie jest nam obce. 

Te żarna przemielą Waszą wiarę w zaświaty. 


Aniołowie paktują z diabłami. Grzeszą pychą. Piją, bywają w burdelach i kasynach. Knują, zabijają, umierają. Z niebiańskiej doskonałości pozostał im tylko doskonały wygląd. 


Stworzeni na obraz i podobieństwo człowieka, mają nasze słabości. Jak anioł ćpun uzależniony od trawki z Fatimy, anioł stróż czujący niechęć do człowieka, którym przyszło mu się opiekować czy anioł zagłady, który nieszczególnie lubi niszczyć. 


Nie inaczej z mieszkańcami piekieł. I oni są do bólu… ludzcy. Nic dziwnego, skoro wyszliśmy spod ręki tego samego Boga.





Już od dawna planowałam sięgnąć po zachwalane przez fanów fantastyki książki Kossakowskiej, królowej polskiego angel fantasy. Wybrałam Żarna Niebios - pierwszą z cyklu Zastępów Niebieskich - w rzeczywistości reedycję wydanych przed laty Obrońców Królestwa.  Książka składa się z dziesięciu opowiadań, każde z nich opowiada inną historię, jednak bohaterowie przenikają się w nich, a treść krąży wokół najważniejszej sprawy... Pan odszedł, porzucił Królestwo, a Skrzydlatym i Demonom nie pozostaje nic innego jak zawrzeć pakt, aby uratować dotychczasowy ład, pozycję oraz swoje pierzaste i diabelskie tyłki.

W Zaświatach opisanych przez Maję Lidię Kossakowską wszystko wygląda inaczej, niż jesteśmy przyzwyczajeni. Aniołki wcale nie są bezpłciowymi, pulchnymi istotkami z głowami otoczonymi masą blond loczków. Okazuje się, że spotkanie z nimi wcale nie musi być przyjemne, grzeszą, knują, piją, a nawet ćpają, nie mówiąc już o przesiadywaniu w burdelach. Świetnie dorównują w tym mieszkańcom Piekła. Oni zaś wbrew pozorom też mają uczucia, kochają, cierpią, i wcale nie grzeszą urodą - potrafią być przystojnymi blond gringo, a Lucyfer mieć zabawną ksywę Lampka. Budowa Zaświatów, Królestwa, Otchłani i tego co pomiędzy nimi czyli Limbo, zaskoczyła mnie i urzekła swoją struktu. Zarówno w Niebie, jak i Piekle mieszkańcy przydzieleni są do odpowiednich swojej randze kręgów i rzadko zdarza im się odwiedzać wyższe kręgi. Jak się domyślamy, tym niżej urodzonym wcale nie jest tak kolorowo. Wśród aniołów i demonów są również arystokraci, pełniący funkcję rządzących czy prawdziwi waleczni komandosi. 

Żarna Niebios będące zbiorem opowiadań czytało mi się szybko - powiedziałabym, że aż za bardzo - dlatego planuję wrócić jeszcze do tej książki, a niebawem zabieram się za kolejną część. Książka składająca się z opowiadań to dla mnie wybawienie - mogę spokojnie przeczytać jedno od początku do końca nie odrywając się od treści (kto ma dzieci sam wie). Muszę przyznać, że momentami czytałam z zapartym tchem, niektóre z opowiadań były humorystyczne, w innych rozgrywane były zażarte boje. Nie brakowało też wzruszeń, jak w opowieści o Aniele, który tak mocno pokochał człowieczą kobietę, że sam postanowił zrzec się swoich anielskich cechy i zostać człowiekiem. Jego odważny krok oraz gorące modlitwy sprawiły, że Pan wysłuchał jego prośby. 

Jako fanka fantastyki nie pierwszy raz spotkałam się z przystojnymi aniołami i diabłami o ludzkich cechach (jak np. u Jadowskiej), jednak tutaj opisani bohaterowie oraz Zaświaty ukazaneinaczej. Opowiadania są zróżnicowane (pochodzą z różnych okresów twórczości autorki), ale książka na pewno jest na wysokim poziomie. Styl, w jakim jest napisana, wciągające akcje, ciekawe dialogi, humor, spowodowały, że nie mogłam się od niej oderwać. Już zacieram ręce na następną część, która grzecznie czeka na swoją kolej. :)
  

środa, 1 lutego 2017

Otul się beTuliną z Sylveco

Rynek kosmetyków naturalnych przeżywa istny renesans, coraz więcej nazw nowych firm przewija się przez drogerie, apteki i internet. Każdy zapewnia o naturalnym składzie kosmetyków i wciąż dowiadujemy się o stosowaniu coraz to innych składników naturalnych w kosmetykach - nic mnie już nie zaskoczy. Super, jeśli kosmetyki są naprawdę w 100% naturalne i bezpieczne. Ja osobiście jestem wierna jednej firmie od początku, kiedy zaczęli szturmem podbijać lokalny rynek kosmetyków naturalnych - chodzi o Sylveco. Może też trochę dlatego, że jestem patriotką lokalną i staram się wspierać lokalnych przedsiębiorców, kupując ich produkty. Na początku były to tylko kremy z tajemniczą betuliną... 


 
Czym właściwie jest betulina? Niczym innym jak ekstraktem z kory brzozy, ot takiej samej jaką widzimy codziennie zerkając przez okno - ja osobiście mam ich prawdziwy las. Właściwości betuliny są wszechstronne: przeciwzapalne, przeciwwirusowe, przeciwutleniające, antyalergiczne, regulujące proces syntezy kolagenu i elastyny, a nawet przeciwnowotworowe. Nie zdajemy sobie sprawy jak ten prosty składnik może działać pozytywnie na naszą skórę. Sylveco daje nam betulinę w swoich produktach, które - nie ukrywam - skradły moje serce. Niejednokrotnie wczesną wiosną zbierałam sok z kory brzozy i używałam w celach zdrowotnych i kosmetycznych, lecz nie miałam pojęcia o innych składnikach kryjących się w tej niepozornej białej korze tego pospolitego drzewa. Moim numerem jeden został balsam brzozowy, więc dzisiaj parę słow o nim.

Oto co możemy przeczytać o balsamie na stronie producenta:
Skóra sucha, wrażliwa, szorstka i łuszcząca się wymaga długotrwałego nawilżenia i natłuszczenia. Olej z pestek winogron, wiodący składnik balsamu brzozowego, przywróci uczucie elastycznej, miękkiej, gładkiej i zdrowej skóry, a betulina zmniejszy uczucie swędzenia. Balsam brzozowy z betuliną powstał na bazie naturalnego oleju z pestek winogron, bogatego w flawonoidy i antyutleniacze, które wspomagają regenerację, a przede wszystkim znacznie opóźniają efekty starzenia się skóry. Balsam nie zawiera kompozycji zapachowych – jest hypoalergiczny, nadaje się do każdego rodzaju skóry, szczególnie wrażliwej i skłonnej do uczuleń. Główne substancje aktywne – betulina i kwas betulinowy, uzyskiwane z kory brzozy, łagodzą wszelkie podrażnienia i pobudzają komórki do odnowy. Ekstrakt z aloesu przywraca skórze właściwy poziom nawilżenia, natomiast dodatek witaminy E zabezpiecza ją przed negatywnym wpływem środowiska.

 
Skład obiecujący, czas na moje wrażenia. Po pierwsze opakowanie: lekkie, dobrze trzyma się w dłoni, estetyczne i z tym co lubię najbardziej - pompką, która pracuje jak trzeba, dozując odpowiednią ilość kosmetyku. Konsystencja w sam raz, nie jest za gęsta, a kosmetyk jest niezwykle kremowy w dotyku. Naturalny zapach kosmetyku nie jest powalający, ale dla mnie ważniejsze jest działanie. Nie przeszkadza mi jego ziołowy zapach chociaż wiele osób na niego narzeka - dla mnie to plus, że kosmetyk nie jest sztucznie perfumowany. I najważniejsze - rozporawdza się świetnie, wchłania szybko i sprawia, że czuję się otulona jakby miękkim kocem. Moja skóra szczególnie zimą jest sucha i swędzącą, po aplikacji balsamu swędzenie momentalnie znika, skóra jest ukojona. Przy dłuższym stosowaniu suche i zaczerwienione miejsca przestają być problemem, pomaga także w gojeniu się uszkodzonej skóry. Chwalą go sobie również osoby z AZS.

Wszelkie balsamy, jak również i ten aplikuję zazwyczaj na noc, więc kiedy budzę się rano czuję, że skóra jest bardziej elastyczna, miękka, gładka - przyjemna w dotyku. Ten balsam to zdecywanie mój zimowy otulacz, tworzy ochronną barierę przed zimnem, często używam go również jako kremu do rąk. Jeśli słyszeliście już o balsamie brzozowym i zastanawiacie się nad zakupem to warto, szczególnie teraz zimową porą, kiedy skóra aż prosi się o otulenie i ukojenie. ;)

To pierwszy z kosmetyków Sylveco jaki dla Was opisuję, ale nie ostatni. Zapraszam Was na stronę producenta, gdzie nie tylko znajdziecie inne kosmetki naturalne tej marki, ale przeczytacie wiele ciekawych informacji na temat składników, naturalnej pielęgnacji czy sprawdzicie, kiedy wasze miasto odwiedzi dermokonsultantka Sylveco. Kolejny wpis na temat tej marki o najlepszym kremie pod oczy, jaki do tej pory miałam okazję wypróbować. :)