niedziela, 10 grudnia 2017

My Gift Dna - Pomysł na Prezent w Twoim Stylu

Prezenty - lubimy je dostawać, a niektórzy nawet bardziej wolą je dawać. Ta radość na twarzy obdarowanej osoby, dzięki której wiemy, że to właśnie ten upragniony, wyczekany, wymarzony drobiazg. Nie zawsze tak jest, a wielu z nas gdy tylko pomyśli o wybieraniu prezentów dostaje zawrotów głowy. Szczególnie jeśli nie do końca wiemy, co dana osoba chciałaby dostać. Ja swoich świątecznych czy mikołajkowych zakupów nigdy nie zostawiam na ostatnią chwilę, planuje i robię zakupy wcześniej. Dzięki temu unikam kupowania niepotrzebnych czy byle jakich rzeczy, które często leżą i kurzą się w kącie nie używane.



W tym roku trafiłam na świetną stronę My Gift Dna i byłam pod wrażeniem jak wiele ciekawych pomysłow na prezent można tam znaleźć. A co wyróżnia MGD od innych tego typu stron - personalizacja. Nie tylko imię, ale również specjalne zwroty mogą zostać wygrawerowane, wyhaftowane czy wydrukowane na naszych prezentach. Cytaty oraz grafiki z ulubionych filmów, seriali. Wybór jest ogromny. Ja zdecydowałam się na tacę śniadaniową, o której już od dłuższego czasu marzyłam. 


Wybrałam tacę z grafiką i napisem z ulubionego serialu Friends - napis You're my lobster! oraz uroczego homara z serduszkiem. Można również do napisu dołożyć imię czy zwrot do ukochanej osoby. Do wyboru oczywiście jest mnóstwo pięknych oraz zabawnych wzorów czy napisów, kwestia dobrania odpowiedniego dla danej osoby. Wyszło przepięknie - drewniana taca w kolorze ciemnobrązowym jest solidna, stabilna, a sam grawer bardzo wysokiej jakości, wydaje się być trwały. Taca oczywiście się sprawdza w swojej roli (leniwe śniadania w łożku) i jesteśmy z niej zadowoleni, ale również służy jako podstawka pod notebooka czy na wieczór z herbatką i książką. 

Co powiecie na tego typu prezent? Jeśli szukacie czegoś odpowiedniego, a w szczególności z personalizajcą to koniecznie zaglądnijcie do My Gift Dna. A może macie już coś od nich? W takim razie pochwalcie się w komenatrzu.

Życzę Wam miłych zakupów przedświątecznych, jak również zawsze zadowolenia z prezentów znajdowanych pod choinką i nie tylko. :)

niedziela, 26 listopada 2017

Książka Października - Wilcze Leże

Od A jak Anubis do W jak wilkołactwo.
Zanurz się w świat opowieści, w których granica między tym co realne a tym co fikcyjne niebezpiecznie się zaciera...
W życiu Roberta Storma nadchodzi wielka zmiana. Gdy na horyzoncie pojawi się dziewczyna, która ma szanse zostać kobietą jego życia, Robert pozna smak porażki i narazi się wpływowym przeciwnikom. A jedynym wyjściem będzie ucieczka...
Doktor Skórzewski znów zetknie się z pytaniami bez odpowiedzi i stanie twarzą w twarz z faktami, których nie sposób ogarnąć rozumem...
Zaś we Wrocławiu pewna pochodząca z Breslau mumia przysporzy inspektorowi Pawłowi Nowakowi sporo kłopotów.

Umość się wygodnie w Wilczym Leżu i oczekuj niespodziewanego.




Każde z tomów opowiadań Pilipiuka zawsze wywierają na mnie ogromne wrażenie. Autor wciąż zaskakuje historiami nie tylko tajemniczych zagadek, ale wręcz mitycznich, nie z tego świata. Często czytając je, a mam mocno rozbujałą wyobraźnię, naprawdę mocno wkręcam się w temat. Uczuciu temu towarzyszy niedosyt i pytanie na koniec niektórych historii - ależ hooola hola! Jak to, to już tyle? A co dalej? Moje myśli potrafią krążyć potem wokół tychże opowiadań nawet kilka dni. Dlatego uwielbiam je, szczególnie za to, że dają do myślenia i porafią tak rozbujać moją wyobraźnię. 

W przypadku Wilczego Leża było tak samo, a mogłabym rzec, że nawet bardziej. Tytułowe opowiadanie - według mnie najlepsze - to historia z czasów  II WŚ, śledzimy losy małej żydówki. W obawie o własne życie podejmuję odważną decyzję o ucieczce i odkrywa prawdziwe wilcze leże w pobliskich lasach - okazuje się, że dzięki temu miejscu udaje się przetrwać ciężki okres w jej życiu. Trochę w napięciu, trochę w melancholii czytałam tą historię. Podobnie było z opowiadaniem dotyczącym zaginionej - również w okresie wojennym - nigdy nie wydanej książki Kornela Makuszyńskiego, kontunuacji słynnego Szatana z Siódmej Klasy. Poruszająca opowieść List z wysokich gór również odbiła się mocno w mojej pamięci, jak i Odległe krainy, sprawa tajemniczego zaginięcia w starej kamienici sprzed wielu lat.

Oprócz tytułego wilczego leża, mamy też opowiadanie o wilkołakach, z którymi zetknie się podczas swojej pracy Doktor Skórzewski. W innym zaś stary lekarz spotka niespotykane, wręcz zetknie się z zaświatami podczas odkrywania nowości medycznych. Dla Roberta Storma nie zabrakło też zagadek iście detektywistycznych, jak szukanie zaginionego czołgu czy relikwiarza. Samobójstwo na Maślicach to tym razem sprawa policjanta Pawła Nowaka, przyznam, że trochę odrażajaca historia, a przy tym cholernie smutna. Chociaż odkrywamy tajemnice i powód młodego samobójcy, poznajemy ciekawostki z czasów egipskich mumii, żal mi było młodego chłopca, którego życie nigdy nie oszczędzało.

Wszystkie opowiadania trzymały poziom, jak widać każde przeżywałam na inny sposób. Naprawdę lubię książki pana Andrzeja i nie wyobrażam sobie, żeby mogło zabraknać nowych tomów - po każdym mam ogromny niedosyt i chce więcej. Mam nadzieję, że wkrótce się doczekam, a tymczasem zacieram ręce na nowe przygody Wampirów z PRL-u, które mają się pojawić w nowym roku.
 

niedziela, 19 listopada 2017

Naturalny Olejek z Henną Do Olejowania Włosów Beaute Marrakech

Na temat olejowania włosów można by powiedzieć wiele, lecz nie będę się powtarzać, gdyż internety są przepełnione wszelkimi poradami dotyczącymi tego zabiegu. Podstawą olejowania jest znajomość porowatości swoich włosów, dzięki temu możemy dobrać odpowiedni olej. Inaczej możemy narobić więcej szkody niż pożytku. Moje włosy są niskoporowate i najlepszym, który stosuję od wielu lat jest olej kokosowy. Ostatnimi czasy zrobiłam większą przerwę w olejowaniu, gdyż moje włosy przesycone wszelkimi maskami i odżywkami po prostu dawały radę. Postanowiłam jednak wrócić do tego rytuału. Skłoniła mnie do tego pogarszająca się kondycja włosów (prawdopodobie narobiłam sobie szkody pewnym szamponem), skóry głowy, co przyczyniło się do zwiększonego wypadania włosów. Okey, olej kokosowy się sprawdzał i nadal go stosuję. Ale potrzebowałam czegoś innego, nowego, co da kopa mojej fryzurze.


Udało się - trafiłam na nowość jaką jest bioolej z henny przeznaczony do olejowania włosów od Beaute Marrakech. Henna zawarta w olejku nie ma właściwości barwiących, dlatego bez obaw można go stosować na wszystkich odcieniach włosów.  Ten kosmetyk stworzony na bazie oleju słonecznikowego, który sprawdza się przy każdej porowatości włosów. Bez obaw mogłam więc wcierać w swoje włosy. Prosty skład - olej i henna, to najlepsza zachęta do wypróbowania kosmetyku. Do tego wygodna buteleczka z atomizerem ułatwia aplikację olejku, dzięki temu ani opakowanie, ani nic wokół nie jest wypaprane. Używam olejku już trzeci miesiąc, z tym że olejuje włosy nie częściej niż co 2-3 tygodnie, zużyłam go ponad połowę, wydaje mi sie więc całkiem wydajny. A jak z efektami?


Wszystko, co obiecał producent na opakowaniu okazało się prawdą. Włosy są na pewno lśniące i gładkie, mocniejsze. Po pierwszym użyciu co zwróciło szczególnie moją uwagę to poprawa wyglądu i miękkości końcówek włosów. Dłuższe stosowanie sprawiło, że końce włosów mniej rozdwajają się. Ale jest jeszcze jedna rzecz, o której nie wspominiano. Nakładałam olejek na skórę głowy, nie wiem czy było to zalecane czy nie, ale oczywiście w swej kosmetycznej ciekawości musiałam spróbować. Co to dało? A dało i to wiele, ponieważ poprawił się stan skóry mojego skaplu. Mam wrażenie, że olejek wzmocnił cebulki włosów, przez co mniej wypadają. Miła niespodzianka! :)

Jak z olejowaniem włosów u Was? Robicie to, robiliście czy macie zamiar? Jakie są Wasze ulubione oleje? Podzielcie się swoimi poradami, może ktoś również skorzysta.

Przy okazji chciałabym podziękować wszystkim, którzy zaglądają regularnie na mojego bloga i zostawiają ślad po sobie w postaci komentarzy - to dodaje skrzydeł. <3

niedziela, 12 listopada 2017

Fotoobraz Saal Digital

Lubię robić zdjęcia i chociaż nie są to fotografie profesjonalne, często uda się wykonać coś naprawdę ładnego. Wielu z nas jest takimi domowymi fotografami, którzy lubią utrwalać cenne dla nas chwile. Bywają i takie ważne dni w naszym życiu, jak śluby, chrzciny, kiedy korzystamy z usług profesjonalnego fotografa. Piękne zdjęcia z naszych zbiorów możemy wyeksponować w domu na wiele sposobów, mnie natomiast od dawna marzył się piękny fotoobraz. Trafiłam na firmę Saal Digital, która w fotoproduktach nie ma sobie równych jeśli chodzi o jakość i wykonanie.

 
 
Projektowanie fotoobrazu to łatwa i przyjemna sprawa. Aby to zrobić potrzebujemy bezpłatnej aplikacji do pobrania na nasz komputer ze strony Saal Digital.  Do wyboru mamy szereg możliwości - fotoobrazy na pleksi, na płótnie, dibond czy na płycie PVC. Ja wybrałam tą ostatnią opcję, ze względu na możliwość wyboru indywidualnego rozmiaru, wyjątkową trwałość i lekkość. To świetne rozwiązanie ponieważ obraz był przeznaczony do pokoju dziecięcego. Zaprojektowanie nie trwało zbyt długo, na początek wybrałam rozmiar i inne parametry takie jak grubość (do wyboru 5mm lub 10mm) oraz mocowanie (standardowe, aluminiowe czy na śruby). Następnie wybór zdjęcia - ważne żeby były dobrej jakości i rozmiaru, tak aby fotoobraz wyszedł jak najlepiej. Aplikacja pokaże nam czy dane zdjęcie ma wystraczające parametry. Ja wybrałam długi fotoobraz, na którym umieściłam trzy zdjęcia. Gdy zamówimy nasz fotoprodukt dostajemy maila z numerem zamówienia, gdzie możemy śledzić zarówno postęp w produkcji, jak również późniejszą przesyłkę.


Fotoobraz po kilku dniach przyjechał do mnie z Niemiec kurierem DHL. Przesyłka doskonale zabezpieczona, naprawdę byłam pod wrażeniem. Wykonanie świetne, jakość zdjęć wspaniała, kolory pełne życia. Fotoobraz z PVC rzeczywiście jest bardzo lekki i trwały. Myślę, że bedzie zdobił naszą ścianę wiele długich lat.

Jeśli chcecie skorzystać z usług Saal Digital i zamówić swój fotoobraz zajrzyjcie tutaj -> KLIK. Zapoznajcie się z bogatą ofertą producenta oraz  ofertą fotoobrazu na dobry początek czyli rabatu 75 zł na pierwsze zamówienie. Firma ma w swojej ofercie również wspaniałe fotoprodukty jak fotoksiążki, fotozeszty, kalendarze czy kartki. 
 

niedziela, 5 listopada 2017

Donegal Akcesoria do Makijażu

Ach te makijaże... Każda z nas maluje się praktycznie każdego dnia. Wiele kobiet ogląda tutoriale mistrzów makijażu, blogerek czy vlogerek, aby udoskonalać swoje make-up'owe dzieła. Jednak bez dobrych akcesoriów ani rusz, nawet przy wybitnych zdolnościach twórczych. Wiele pędzli i gąbek do makijażu za pewne przewinęło się przez Wasze kosmetyczki, toaletki czy łazienki. Znalazłyście swój ideał? Ja po długich poszukiwaniach nareszcie trafiłam na Donegal. Pędzle z serii Jungle - zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia, jak również w szacie graficznej opakowań. 


Oprócz pędzli w tymże wpisie kilka słów o gąbeczce do makijażu, niepozornej, zamkniętej w równie pięknym opakowaniu. Dlaczego niepozornej - ponieważ ta gąbka okazała się być moim hitem, chociaż do tej pory byłam sceptyczna do wszelkich tego typu blenderów. Po pierwsze - jej niebywała miękkość. Producent nie składa czczych obietnic pisząc na opakowaniu "Super Soft", jest to szczera prawda. Po drugie - gąbeczka, która nie wydaje się zbyt duża - po zmoczeniu rośnie w oczach! Według mnie co najmniej dwukrotnie. W ten sposób nakładanie podkładu idzie bardzo sprawnie, dla mnie to ogromny plus gdyż każda zaoszczędzona chwila jest cenna. Gąbka nie pije zbyt dużo podkładu, do tego jest bardzo trwała. Sprawdziłam to, wierzcie mi, nie dawałam jej żadnej taryfy ulgowej. ;) Ładnie się domywa, ja używałam do tego celu olejku z Biodermy.


Pędzel do podkładu, ale również pudru czy nakładania kremów i masek. Wypróbowałam go do tych wszystkich specyfików i jestem z niego bardzo zadowolona. Jeśli chodzi o podkład - ładnie rozprowadza, nie pozostawia smug. Elastyczne, a przy tym miękkie włoski ładnie rozcierają podkład, szczególnie w zagłebieniach twarzy, okoliczach oczu, nosa, świetny do dopracowania wymagajacych poprawek miejsc. Lekki, dobrze trzyma się w dłoni, a do tego trwały i nie gubi włosków, nawet po wielu użyciach czy myciach. Styczności z wodą miał mnóstwo, ponieważ co rusz używałam go do nakładania masek - szczególnie tych brudzących, glinkowych. Można powiedzieć, że ma bardzo pracowite życie w mojej łazience. :)


Drugi z pędzli do precyzyjnej aplikacji cieni, eyelinerów oraz kosmetyków do brwi. Typowy skośny pędzel. Używałam go głównie do uzupełniania kształtu brwi i rzeczywiście jest wyjątkowo precyzyjny. Namalujemy też nim zacną kreskę na powiece, nawet jeśli nie macie w tym wielkiej wprawy. Podobnie jak pędzel do podkładu, ten pędzelek również jest trwały, a włosie jest miękkie i przy tym elastyczne, nie odkształca się i nie gubi włosków, ładnie i łatwo się domywa.

Na koniec jeszcze parę słów o myjce do twarzy od Donegal. Do tej pory nie miałam okazji używać myjek do oczyszczania twarzy. Ta wykonana jest z mięciutkiej mikrofibry, która delikatnie myje i usuwa wszelkie zanieczyszczenia oraz martwe komórki naskórka. Aby ją użyć wystarczy tylko odrobina wody. Przyjemne odczucie, delikatny masaż twarzy przy pomocy myjki poprawia krążenie, a skóra jest gładka i jędrna. Po użyciu trzeba ją zawsze dokładnie umyć i wysuszyć, aby służyła nam jak trzeba i jak najdłużej.


Jakie są Wasze ulubione akcesoria do makijażu? Może mieliście okazje używać produkty od Dongal? Koniecznie podzielcie się swoimi odczuciami w komenatrzach.

niedziela, 29 października 2017

Książka Września - Wiatrodziej

Życie Merika nie jest łatwe. Niedawno stracił najlepszego przyjaciela, a do tego właśnie spłonął jego okręt. Za wszystkim stoi jego siostra, Vivia, która za wszelką cenę chce się pozbyć młodego księcia i zasiąść na tronie. Czy wiatrodziej wyjdzie z tego starcia cało? Czaroziemie opanowuje wojna. Nubreveni pokładają nadzieję w tajemniczej postaci – Furii, ale Vivia nie ma zamiaru w nią uwierzyć.
Safi i Iseult, więziosiostry, wpadły w nie lepsze kłopoty. Przyjaciółki znowu zostały rozdzielone i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się jeszcze spotkają. Safi towarzyszy cesarzowej, a piekielni bardowie depczą im po piętach. Każdy chce mieć potężną prawdodziejkę po swojej stronie. Jej moc może zdecydować o powodzeniu w politycznych rozgrywkach. Iseult po raz kolejny musi się zmierzyć z krwiodziejem. A może powinna mu zaufać? 

 
Wiatrodziej to drugi, po Prawdodziejce tom z cyklu Czaroziemie napisanego przez Susan Dennard. Jeśli mam być szczera, pierwsza część nie porwała mnie aż tak, jak część druga. Oczywiście spodobał mi się nowy, magiczny świat, postaci, miejsca. Ale mniej było porywającyh wrażeń związanych z książką - zresztą swego czasu był aż przesyt Prawdodziejki w blogosferze i wszędzie trafiałam na posty z nią związane. Podobnie było z Wiatrodziejem, ale ta książka dla odmiany wciągnęła mnie do reszty. 
 
Kolejne losy mieszkańców Czaroziemia. Akcja zaczyna się w niewielkim odstępie czasu po Prawdodziejce, a mianowicie dwóch tygodniach. Nie jest więc rozwleczona w czasie, dobrze wraca się do świeżych wydarzeń i czyta tom po tomie. Spodobała mi się inna tym razem formuła przedstawienia losów bohaterów, ukazana z różnych perspektyw kilku postaci. Nie chcę spojlerować, dlatego nie będę wgłebiać się w szczegóły zaczarowanego świata oraz poprzednie wydarzenia. Z radością odkrywałam magiczne miejsca czy postaci czytając nową pozycje ze świata fantastyki. Dlatego nie będe Wam odbierać tej niewątpliwej przyjemności.

Książka porywa od pierwszego momentu, kiedy to spotykamy Merika, który ledwo uchodzi z życiem ze swojego spalonego statku. Wraz z jego szaleństwem wpadamy w wir wydarzeń, który potrafi niesamowicie wciągnać. Zwroty akcji i zmieniająca się narracja, sprawia, że znajdujemy się w różnych momentach i miejscach, jednak nie sposób oderwać się od kolejnych zaskakujących i emocjonujących wydarzeń. Chociaż niektórym może się nie podobać taka formuła, mnie oczarowała. Opowieść z Czaroziemia przepełniona jest nowymi, fascynującymi postaciami, śledzimy również losy tych znanych z poprzedniego tomu.

Cóż jeszcze - czekam na kontynuację - a Was zapraszam do lektury, jeśli lubicie fantastykę. Jeśli nie - może akurat ta książka przekona Was do tego typu literatury. Oczywiście polecam sięgnąć najpierw po pierwszy tom czyli Prawdodziejkę, a później Wiatrodzieja. Nie chcę więcej opisywać fabuły, ponieważ jeśli chodzi o tego typu nowości to całą przyjemnością jest poznawanie nowych postaci, miejsc czy ciekawych zdarzeń. Drobny opis z "okładki" niech więc wystarczy.


A może czytaliście już książki Susan Dennard i chcecie podzielić się swoją opinią? Zapraszam do komentowania. :)

niedziela, 22 października 2017

Bioderma Atoderm Olejek i Balsam Skóra Sucha - Podsumowanie Wyzwania 21 Dni Więcej Dla Skóry

Trzy tygodnie temu podjęłam wyzwanie Więcej Dla Skóry z Biodermą, które miało na celu pokazanie jak pielęgnacja przy pomocy dermokosmetyków z linii Atoderm wpłynie na stan skóry przez kolejne 21 dni ich regularnego używania. Myślę, że to ważna akcja, ponieważ Polki zaniedbują swoją codzienną pielęgnację ciała, co wpływa źle na kondycję i wygląd skóry, a także powoduje spadek dobrego samopoczucia czy własnej wartości. Wyzwanie polegało na codziennym stosowaniu kosmetyków, a to również wprowadza do naszej pielęgnacji dobry nawyk regularnego dbania o ciało. Dlatego chętnie dołączyłam do niego, szczególnie będąc wierną fanką kosmetyków Bioderma. Kto jest ze mną od dłuższego czasu ten wie, że moją ulubioną serią jest Hydrabio, której poświeciłam post -> KLIK, pisałam również o darmowych dermokonsultacjach Biodermy -> KLIK. Był również krótki wpis o kosmetykach Atoderm -> KLIK, a konkretnie moim zimowym niezbędniku w postaci balsamu do ust i kremu do rąk. W wyzwaniu również brały udział dermokosmetyki z serii Atoderm, czyli przeznaczonej dla skóry bardzo suchej, suchej czy atopowej. Tym razem był to olejek do kąpieli Huile de Douche oraz balsam Intensive Baume.


Nawilżający olejek do kąpieli i pod prysznic przeznaczony do suchej i bardzo suchej skóry, może być stosowany już od 1-go roku życia. Jego formuła składa się z 33% lipidów, które otaczają skórę ochronną wartwą, dzięki temu jest zabezpieczona przed czynnikami zewnętrznymi. Do tego wspaniale nawilża już podczas mycia, tworząc subtelną, kremową pianę. Pachnie po prostu obłędnie, ale nienachalnie. Zapach ten utrzymuje się długo na skórze. Już podczas mycia czułam, że skóra jest aksamitnie miękka i nawilżona, nie trzeba nawet nakładać balsamu. Świetne rozwiązanie dla osób, które nie mają zbyt wiele czasu na zabiegi pielęgnacyjne. Jak wspominałam olejek ten może być używany przez dzieci - wielu dermatologów go poleca - jest bezpieczny i skuteczny, szczególnie, że mnóstwo maluchów coraz częściej cierpi na alergie skórne. Atoderm polecany jest osobom zmagającym się z AZS. Cóż jeszcze - olejek również sprawdza się do higieny miejsc intymnych. Jest niezastąpiony do demakijażu czy - co ciekawe - nawet mycia pędzli czy gąbeczek do makijażu. Bardzo ładnie usuwa wszelkie make-up'owe mazidła.


Kojący balsam emolientowy wzbogacony o działanie przeciwświądowe, odbudowujące ochronną barierę skóry i zapobiegające podrażnieniom - również może być stosowany u maluchów od 1-go dnia życia.  Emolient ten może być używany zarówno do ciała jak i twarzy. Kremowy balsam łatwo i szybko się rozprowadza, wchłania i nie powoduje uczucia lepkości. Dzięki swoim właściwościom nawilża na długo, odbudowuje i tworzy na skórze barierę ochronną. Wiele emolientów już przerobiłam, ale ten zdecydowanie jest najlepszy. Jego dobroczynne działanie czuje cały dzień na swojej skórze, aż do kolejnego mycia. W dodatku łagodzi swędzenie, znikają zaczerwienienia i suche miejsca na skórze. Ponadto pokochały go moje dłonie, jako jedyny dał im ulgę i ochronił przed wodą oraz detergentami powodującymi zniszczenia i przesuszenie.


Jak przebiegało wyzwanie z dermokosmetykami Atoderm? Podczas 3 tygodni używania co tydzień uzupełniałam ankietę, w której określałam odczucia związane z moją skórą, np. nawilżenie, swędzenie, uczucie ściągnięcia, szorstkość czy elastyczność. Dzięki temu można było na bieżąco śledzić postępy i poprawę skóry podczas wyzwania. Na końcu można było podzielić się również własnymi odczuciami związanymi z wyzaniem. Moja skóra zdecydowanie poprawiła swoją kondycję i wygląd. Cieszę się, że akcja zbiegła się z tą porą roku, ponieważ jesienią i zimą odczuwam największy spadek nawilżenia, dyskomfort związany z tym, że na zewnątrz robi się chłodniej, a w pomieszczeniach zaczyna się sezon grzewczy. Sucha skóra potrafi dać się we znaki. Na szczęście stosując olejek i balsam Atoderm nie odczułam tych nieprzyjemnych zmian. Wręcz przeciwnie - udało się skórę zabezpieczyć przed utratą wody czy czynnikami zewnętrznymi, nawilżyć, poprawiła się jej jędrność i elastyczność, a każda kąpiel była dla mnie przyjemnością.

Właśnie wystartowała kolejna rekrutacja do wyzwania na wiecejdlaskory.pl - koniecznie zgłoście się jeśli borykacie się z problemem suchej i wrażliwej skóry. Bedziecie mieć okazje za darmo wypróbować dermokosmetyki Bioderma. A może ktoś z Was zna już brał udział w wyzwaniu lub zna serię Atoderm i podzieli się wrażeniami? Zapraszam do komentowania! :) 

niedziela, 15 października 2017

Dezodorant Naturalny Ałunowy z Pantenolem Beaute Marrakech Ałun Spray

Temat dezodorantów, antyperspirantów ostatnio jest bardzo popularny. Wszystko przez publikowane coraz nowsze badania o szkodliwości zawartych w powszechenie stosowanych antyperspirantach soli aluminium. Niestety nadmierne ich używanie może w konsekwencji prowadzić do groźnych chorób. Poza tym każdy z nas, kto ich używa na codzień wie, jak wpływają na stan skóry. Chociaż niektóre rzeczywiście chronią przed nadmiernym poceniem, najczęściej do tego podrażniają skórę. Są również i naturalne dezodoranty, ale one prócz pięknego zapachu wiele nie pomagają - szczególnie osobom aktywnym fizycznie. Dlatego jest jeszcze jedno, w pełni naturalne rozwiązanie - ałun. Znany zapewne w formie kryształu, teraz dostępny jest w formie spray'u z dodatkiem pantenolu od Beaute Marrakech.


Dezodorant ałunowy jest połączeniem ałunu potasowego oraz pantenolu.
Ałun to naturalny minerał górski składający się ze związków glinu, jednak w przeciwieństwie do soli glinu występujących w dezodorantach nie przenika przez skórę, tworzy jedynie cienką warstwę na jej powierzchni. Wykazuje działanie ściągające, antyseptyczne i przeciwbakteryjne, dzięki czemu doskonale zwalcza przyczyny powstawania przykrego zapachu potu. Działa antybakteryjne i dezynfekująco.
Obecny w składzie pantenol, inaczej prowitamina B5 skutecznie poprawia nawilżenie skóry. Działa przeciwzapalnie oraz kojąco zmniejszając podrażnienia i zaczerwienienia. Doskonale pielęgnuje, stymuluje procesy regeneracji, a także pomaga leczyć drobne rany, otarcia i zadrapania.
Dezodorant zapewnia długotrwałą świeżość, nie zatyka porów, pozwala skórze naturalnie oddychać.


Największym atutem - jak w każdym z kosmetyków od Beaute Marrakech - jest prosty, naturalny skład: woda, ałun potasowy oraz pantenol. Nie zawiera żadnych innych, szczególnie tych drażniących składników. Dezodorant ten nadaje się dla każdej skóry, w tym wrażliewej czy alergicznej. Nie jest barwiony, nie ma zapachu. Dla osób, które lubią jednak gdy dezodorant pachnie jest wersja z wodą różaną. Jednak nie ma czego się obawiać. Mimo, że dezodorant nie pachnie, nie ma obawy - ałun w naturalny sposób neutralizuje nieprzyjemne zapachy. Aplikacja jest dużo łatwiejsza niż tradycyjnego ałunu. Spray rozpylamy w niewielkiej odległości i czekamy chwilkę aby wysechł. Ja oczywiście nie mam na to czasu, dlatego zaraz się ubieram - na szczęście dezodorant nie brudzi ubrań i nie zostawia żadnych śladów. Spokojnie nakładałam go nawet na świeżo wydepilowaną skórę - żadnego pieczenia, podrażnienia, a nawet wręcz uczucie pielęgnacji. I przy tym zostańmy. Mianowicie po używaniu spray'u po kilku dniach zauważyłam, że stan skóry znacznie się poprawił. Dotychczas była wymęczona, podrażniona, przesuszona przez antyperspiranty. Dzięki zawartości pantenolu jest miękka, przyjemna w dotyku, zniknęły zaczerwienienia i jest pięknie wypielęgnowana. 


Jeśli chodzi o dezodoranty zdecydowanie ałunowy wygrywa - takie jest moje zdanie, a wypróbowałam ich już wiele. Jeśli chodzi o kryształ ałunowy, który działa jak bloker, tutaj efekt jest podobny, może odrobinę lżejszy. Ale dzięki temu można go używać codziennie. Do tego jest bezpieczny i łatwy w użyciu. Mam zamiar wypróbować jeszcze wersję z wodą różaną. Gdzie można dostać kosmetyki od Beaute Marrakech - na pewno na stronie Maroko Sklep. Natomiast stacjonarnie widziałam je w Drogeriach Natura oraz lokalnych sklepach zielarskich i z produktami ekologicznymi. 

piątek, 6 października 2017

Equilibra Argan Płyn Micelarny + Aloe Gel Pasta Do Zębów Wybielająca

Dzisiaj będzie o płynie micelarnym - nie wyobrażam sobie codziennego oczyszczania twarzy bez micela. Każda z Was na pewno czeka cały dzień na ten moment - w końcu mogę zmyć makijaż i umyć twarz z wszelkich zanieczyszczeń. Jeszcze kilka lat temu nie używałam miceli, a teraz zaczynam nim każde oczyszczanie twarzy. Uwielbiam tę chwilę, ale źle dobrany płyn micelarny potrafi ją zepsuć i sprawić, że będzie nieprzyjemna. Wrażliwe oczy reagują od razu swędzeniem i pieczeniem, niektóre z nich potrafią zabrudzić soczewki kontaktowe, a pomimo długiego czasu zmywania ostatecznie pod oczami zostaje efekt pandy... Na szczęście udało mi sie znaleźć micel idealny, więc w dzisiejszym poście kilka słów o płynie micelarnym Argan z serii Natural Youth od Equilibra.


Usuwa wszelkie ślady makijażu i zanieczyszczenia, pozostawiając skórę świeżą i stonowaną. Micele powstałe ze środków powierzchniowo czynnych pochodzenia roślinnego, wybrane ze względu na ich efektywność i łagodność dla skóry, skutecznie przechwycają zanieczyszczenia oraz pozostałości makijażu, ułatwiając demakijaż i delikatne oczyszczanie skóry. 
Zawiera 98% składników pochodzenia naturalnego, w tym środki powierzchniowo czynne z oleju arganowego, kwas hialuronowy, wyciąg z gardenii.


Jak spisał się u mnie? Po pierwsze od razu spodobało mi się opakowanie - proste, przezroczyste - widzimy ile płynu jest i że nie jest niczym barwiony. Do tego to co lubię najbardziej w płynach - pompka, która ułatwia użytkowanie - naciskamy i dozujemy taką ilość, jaką potrzebujemy na wacik. Pachnie pięknie, ale nienachalnie. Konsystencja typowa dla płynu - wodnista, jednak na skórze czuć delikatne olejki. Zazwyczaj do zmywania makijażu i wstępnego oczyszczenia twarzy używałam sporo micela, natomiast w tym przypadku naprawdę niewielką ilością płynu mogłam ładnie zmyć wszystko za jednym zamachem. Dodam, że mam bardzo wrażliwe oczy, szczególnie w alergicznym sezonie. Płyn absolutnie mnie nie podrażnił, nie wywołał żadnych nieprzyjemności - nawet jeśli dostał się do oka. Skóra po użyciu płynu jest oczyszczona, miękka w dotyku i nawilżona. 


Micel ten nie wymaga spłukiwania, jednak ja zawsze po użyciu płynu myję twarz jeszcze delikatnym żelem. Nawet po umyciu twarzy pieniaczem wciąż czuć działanie wcześniej użytego płynu micelarnego, szczególnie to nawilżenie i miękkość, oraz wciąż czuć jego przyjemny zapach. Jak dla mnie produkt trafiony w dziesiątkę, jeśli chodzi o moje wymagania, a szczególnie łagodność dla moich wrażliwych oczu i alergicznej skóry. Tak się polubiłam z arganowym micelem od Equilibra, że zostaje ze mną na stałe. :)

Będąc przy firmie Equilibra chcę napisać jeszcze kilka słów o kolejnej nowości, którą jest pasta do zębów z serii Aloe. Aloesowe kosmetyki z tej serii bardzo polubiłam, szczególnie szampon i odżywkę do włosów. Teraz pojawiła się pasta wybielająca w formie aloesowego żelu.

Pasta do zębów w formie delikatnego żelu o świeżym, miętowym smaku, wolna od sacharyny. Łączy w sobie kojące działanie arniki, szałwi i aloesu (odpowiadający 30% soku z aloesu) z odświeżającym działaniem mentolu. Naturalne działanie wybielające zawdzięcza zawartości perlitu i krzemionki. Stosowana regularnie, przy prawidłowym szczotkowaniu zębów co najmniej przez minutę, pomaga chronić przed przebarwieniami i żółknięciem spowodowanym piciem barwiących napojów i paleniem tytoniu. Gwaratnuje odpowiednią ochronę przed powstawaniem płytki nazębnej i próchnicą, naturalnie wybiela nie uszkadzając szkliwa oraz zapewnia świeży oddech.

Bardzo przyjemna pasta - żelowa formuła o jasnozielonym kolorze. Aż 97% składników pochodzenia roślinnego, nie zawiera fluoru. Pasta jest delikatna, nie odczułam żadnego pieczenia, a mam dość wrażliwe zęby i dziąsła. Ma subtelnie ziołowy, świeży smak i zapach, które długo utrzymuje się w ustach. Pięknie czyści ząbki, są lśniące i gładkie. Nie narzekam na odcień moich zębów, są naturalnie białe - dlatego nie odczułam różnicy w kolorze, natomiast na pewno pomaga utrzymać biel zębów na dłużej. 

Jakie są Wasze opinie o kosmetykach Equilibra? Macie jakichś ulubieńców? A może wypróbowaliście któreś z powyższych nowości? Piszcie! :)

sobota, 30 września 2017

Książka Sierpnia - Pan Przypadek i Korpoludki

„Pan Przypadek i korpoludki” to już trzeci tom przygód rodzimego detektywa geniusza. Tytułowy bohater, Jacek Przypadek, trochę romantyk, bardziej cynik, ponownie musi rozwiązać trzy niecodzienne zagadki. Wszystkie one dzieją się w świecie pracowników wielkich międzynarodowych korporacji. Pierwsza ze spraw nosi kryptonim „Morderstwo w Orient Espresso” i opowiada o tytułowym zabójstwie dokonanym w modnej kafejce serwującej ulubione przez korpoludków sushi. Druga zagadka, „Zbrodniarz i kara”, to historia największej zbrodni, jaką można sobie wyobrazić w świecie korporacji. Ponieważ jednak zbrodni tej nie przewiduje kodeks karny, firma musi wynająć do jej wyjaśnienia detektywa Przypadka. W ostatniej sprawie, „Moralności pana Julskiego”, Jacek musi z kolei odnaleźć złodzieja, który okradł… złodzieja.
Przy rozwiązywaniu tych zagadek Przypadek przysporzy sobie jak zwykle mnóstwa wielu wrogów. W tle będzie się wciąż czaił największy z nich, złowrogi Klempuch, szykujący dla niego szczególną niespodziankę. Chociaż tym razem Jacka zaskoczy najbardziej samo życie…

 


To już moje trzecie spotkanie z niePrzypadkowymi przygodami genialnego detektywa. Zazwyczaj nie oceniam książki po okładce - ale tutaj wystarczy jedno spojrzenie i już wiadomo - śledztwa będą dotyczyć ciężkich spraw. Bowiem praca w korporacji niekiedy odbiera ludziom wszelkie skrupuły i możliwość logicznego rozumowania. Liczy się tylko kariera, korporacja w której pracują to jedyna słuszna, a oni sami są zdolni do wszystkiego, aby piąć się po szczeblach kariery czy bronić racji swojej firmy. Z tego typu korpoludkami tym razem musi zmagać się w swoich śledztwach detektyw-jasnowidz Jacek Przypadek. W książce jak zwykle trzy opowiadania z krainy korporacyjnych biurowców, każde z nich nawiązujące swoim tytułem do znanych książek.

O bohaterach książek pisałam już sporo w pierwszej oraz drugiej recenzji. W trzecim tomie wciąż przewijają się te same postaci oraz pojawiają się nowe - pracownicy korporacji. Jeden z nich - pewien Włoch - zagości w sercu Marzeny na trochę dłużej. Jacek, chociaż otoczony skorymi do pomocy przyjaciółmi, angażując się w kolejne śledztwa przysparza sobie nowych wrogów. Są też "starzy" wrogowie, którzy śledzą bacznie jego poczynania przez cały czas. 

Towarzysząc Jackowi w śledztwach ubawiłam się świetnie - gdyż nie brakuje w Przypadkowych przygodach wspaniałego humoru na najlepszym poziomie. Sam Pan Przypadek ma tego rodzaju cyniczne poczucie humoru, które u niego uwielbiam. Nie brakuje śmiesznych sytuacji i dialogów, szczególnie jeśli na horyzoncie pojawia się nieudolny podkomisarz Łoś i jego asystent. Jak zwykle byłam pod wrażeniem błyskotliwości umysłu Jacka. Niekiedy wczytując się w tok śledztwa jestem już pewna  - to ta osoba jest winna - a tu bach! Pan Przypadek oznajmia, że prawda jest zupełnie inna niż się spodziewaliśmy. I robi to w takim stylu, że wszytkim opadają szczęki. Zwykle na końcu śledztwa sama analizuje szczegóły, na które mógł detektyw zwrócić uwagę, a pomogły w rozwiązaniu sprawy. Nie mogę wtedy się nadziwić, jak na to wpadł. Przyznam, że coraz bardziej podobają mi się książki o śledztwach Przypadka. Czyta się je lekko i przyjemnie, chociaż sprawy dotyczą czasem ciężkich przypadków - a nawet morderstw - nie leje się tu krew rynsztokami. Wszystko opisane w dobrym, eleganckim stylu. Jeśli mam wybrać ulubione opowiadanie to zdecydowanie pierwsze z nich "Morderstwo w Orient Espresso" - nawiązujące nazwą do opowieści królowej kryminału Agathy Christie, którą swoją drogą bardzo lubię. Cieszę się, że trafiłam na książki o detektywie Przypadku, ponieważ dawno nie czytałam tak dobrze napisanych współczesnych kryminałów. 

Dlatego polecam i Wam, nawet jeśli nie jesteście fanami tego typu książek, na pewno przy tej lekturze będziecie się dobrze bawić. A może znacie już przygody Jacka Przypadka i chcielibyście się podzielić wrażeniami?

sobota, 23 września 2017

Beaute Marrakech Czarne Mydło Naturalne Savon Noir & Pumeks Hammam

Czarne mydło - trzy składniki - a tyle korzyści dla skóry. Zawiera bowiem tylko wodę, oliwę z czarnych oliwek oraz potrzebny w procesie zmydlania wodorotlenek potasu. Dlaczego nazywane jest czarnym mydłem? To kolor dojrzałych, czarnych oliwek nadaje mu taką barwę, która może być między ciemnozielonym a ciemnobrązowym. Kilka słów o właściwości oleju z oliwek oraz samym mydle, które znajdziemy na stronie importera Beaute Marrakech.


Oliwa tłoczona z oliwek stosowana była w celach pielęgnacyjnych już w czasach starożytnych. Jest doskonałym, naturalnym kosmetykiem myjącym. Często bywa składnikiem linii pielęgnacyjnych do twarzy, włosów, paznokci oraz całego ciała. Olej z oliwek wykorzystywany jest także w przemyśle farmaceutycznym. Jest bogatym źródłem nienasyconych kwasów tłuszczowych: oleinowego, linolowego oraz linolenowego, które warunkują właściwe funkcjonowanie skóry. Kwasy te wchodzą w skład błon komórek tworzących warstwę rogową. Zapewniają komórkom nawilżenie oraz spowalniają procesy starzenia. 

Dzięki zawartości oliwy z oliwek czarne mydło wykazuje działanie peelingujące, dotlenia oraz dogłębnie oczyszcza skórę z toksyn i łoju. Przywraca jej naturalną równowagę i nawilżenie, zapewniając odpowiednią ochronę. Mydło zmiękcza skórę oraz usuwa martwe komórki naskórka, co pozwala jej swobodnie oddychać oraz zapewnia właściwy przebieg procesów regeneracyjnych.

Skóra staje się jedwabiście gładka, delikatna w dotyku, odżywiona i nawilżona. Czarne mydło jest kosmetykiem roślinnym, dobrze tolerowanym nawet przez skórę wrażliwą. Naturalne czarne mydło polecane jest także do pielęgnacji skóry trądzikowej. Oczyszcza pory i normalizuje wydzielanie sebum, zwalcza bakterie odpowiedzialne za powstawanie zmian trądzikowych.


Jak widać na zdjęciu ciemnozielony kolor, natomiast konsystencja to coś między gęstym żelem a galaretką. Właściwie nie wiem jak dokładnie ją określić, ale w dotyku całkiem przyjemne. Zapach mocno oliwkowy, który osobiście uwielbiam. Należy pamiętać aby nabierać mydło suchą dłonią, aby do opakowania nie dostała się woda. Nakładamy na zwilżoną skórę i masujemy. Naprawdę niewielka ilość wystarcza na całe ciało, a zaledwie odrobiona na samą twarz. Wydajność to ogromny plus. Savon Noir delikatnie się pieni i przyjemnie rozprowadza. Używałam mydła zarówno do twarzy, jak i do ciała. Po zmyciu czuć, że cera jest nawilżona, wygładzona i wręcz promienieje. Jest dobrze napięta, ale przy tym miękka. Jeśli chodzi o ciało świetnie sprawdza się w codziennej pielęgnacji oraz do masażu ciała. Już po pierwszym razie zauważamy, że skóra jest lepiej nawilżona i jędrna. Po kilku użyciach widać sporą poprawę. Czarne mydło możemy łączyć ze wszelkimi naturalnymi produktami - olejkami eterycznymi, roślinnymi czy glinkami. Pielęgnacja czarnym mydłem jest również pierwszym etapem rytuału Hammam. Ma on na celu dogłębne oczyszczenie ciała. Samo w sobie Savon Noir ma właściwości peelingujące, ale dzięki użyciu akcesoriów można zauważyć jeszcze lepsze efekty.

Mydło należy równomiernie rozprowadzić na mokrej skórze i pozostawić na kilka minut. Następnie zmiękczoną skórę masować rękawicą Kessa okrężnymi ruchami w celu dogłębnego oczyszczenia. Po zakończeniu masażu skórę należy opłukać, a następnie wykonać drugi etap rytuału Hammam – oczyszczanie skóry glinką Rhassoul.



Pumeks Hammam (na zdjęciu powyżej) również wykorzystywany jest w trakcie rytuału Hammam. Jest zrobiony w 100% z naturalnej marokańskiej czerwonej glinki wypalanej w piecu. Zawiera minerały takie jak żelazo, cynk, magnez czy selen. Pumeks  służy do usuwania martwego, zrogowaciałego naskórka stóp, jak i do masażu ciała. Dzięki nim można się poczuć jak w prawdziwym SPA w Maroko, już nie wspominając, że jest świetną ozdobą naszej łazienki. Dzięki wygodnemu uchwytowi łatwo się nim posługiwać. Trwały i skuteczny, więc chwilę nam posłuży, a przy tym ma dobrą cenę. Po więcej informacji zaglądnijcie na stronę Maroko Sklep, gdzie znajdziecie te oraz inne marokańskie, naturalne kosmetyki. Możecie również rozglądnąć się za nimi w Drogeriach Natura. 



Jak widać we własnym domu można urządzić sobie SPA przy użyciu naturalnych dóbr Maroka. Czarne mydło jest bardzo wydajne i jeszcze długo mi posłuży, tak samo z pumeksem. Już wkrótce na blogu kilka słów o nowościach Beaute Marrakech - między innymi olejku z henny do olejowania włosów oraz ałunie w spray'u czyli naturalnym dezodorancie. Zainteresowani? Śledźcie bloga rówież na Facebook'u i bądźcie na bieżąco. :)

piątek, 22 września 2017

Smocza Krew i Śluz Ślimaka + Glinki z Syberyjskiego Morza Martwego - Maski Rapan Beauty

Glinki tu, glinki tam - wszędzie istne glinkowe szaleństwo. Co rusz widzimy reklamy, zaglądają do nas z drogeryjnych półek i kuszą obietnicami pięknej skóry. Ale jak odróżnić dobry produkt od byle jakiej, chemicznej masy, którą wpychają nam producenci kosmetyków? Jak odnaleźć maskę, która rzeczywiście ma w składzie przede wszystkim glinkę? 


Mnie się udało - trafiłam w internecie na polecane maski Rapan Beauty z glinkami syberyjskimi - czyli z "syberyjskiego Morza Martwego" słonego Jeziora Ostrovnoye. Akurat trafiła się świetna promocja - mini wersje maseczek z serii Power of Nature do wypróbowania w dobrej cenie - w sam raz aby sprawdzić ich działanie.



Wybrałam do przetestowania dwie maski - Niebieska Glinka + Smocza Krew oraz Żółta Glinka + Śluz Ślimaka. Minikosmetyki powinny wystarczyć na dwa użycia, ale ponieważ są bardzo wydajne można ich użyć nawet cztery razy. 


Niebieska Glinka + Smocza Krew
Smocza krew - brzmi intrygująco, prawda? Nazwę swą zawdzięcza po prostu czerwonemu kolorowi ekstraktu z kory drzewa o tejże nazwie. Maska przeznaczona do skóry wrażliwej, suchej czy mieszanej. Kilka słów o składnikach maski ze strony producenta:

Niebieska glinka syberyjska odżywia, odświeża i regeneruje skórę twarzy. Dzięki mikrocząsteczkom krzemionki posiada działanie pilingujące. Jest jedną z najrzadszych i najbardziej poszukiwanych glinek kosmetycznych. Doskonale nadaje się do zabiegów detoksykacyjnych.  
Smocza krew - ekstrakt z żywicy drzewa Croton Lechleri to bogate źródło fenoli, fitosteroli i alkaloidów. Jego unikalne działanie związane jest ze zdolnością kompleksowania i dezaktywacji reaktywnych form tlenu (ROS i RSN), chroniąc tym samym włókna elastyny i kolagenu. Dzięki obecność taspiny działa przeciwzapalnie oraz przyspiesza procesy gojenia. Stymuluje odnowę naskórka i odmładza skórę.
Olejek z chińskiej cytryny (Yuzu) jest bogaty w ceramidy, będące naturalnymi odpowiednikami ceramidów II i IV tworzących strukturę warstwy rogowej naskórka. Zapewnia odbudowę barierową zniszczonej i łuszczącej się skóry.
Olejek ze słodkich migdałów zapewnia maseczce niezwykłe walory aplikacyjne, a dodatkowo działa jako naturalny emolient, wygładzając oraz nawilżając skórę. Łatwo się wchłania, nie pozostawia na skórze tłustego filtra, jednocześnie pełni funkcję ujędrniającą i pielęgnującą. 
Żółta Glinka + Śluz Ślimaka
Maska ze znanym z dobroczynnego działania śluzem ślimaka oraz jagodami Acai. Przeznaczona do skóry tłustej i mieszanej.

Żółta glinka syberyjska osusza i oczyszcza skórę, doskonale radzi sobie z dużymi porami. Dzięki mikrocząsteczkom krzemionki posiada działanie złuszczające. Wygładza, napina i regeneruje skórę twarzy. Doskonale sprawdza się m.in. w zwalczaniu trądziku. 

Ekstrakt ze śluzu ślimaka zwiększa elastyczność skóry, pomaga w usuwaniu blizn, posiada doskonałe właściwości eksfoliacyjne.

Ekstrakt z owoców Acai - palmy występującej tylko w dzikich lasach deszczowych Amazonii - to bogate źródło polifenoli, kwasów Omega 6 i 9, witamin (głównie z grupy B) oraz mikroelementów. Wykazuje silne właściwości antyoksydacyjne (współczynnik ORAC 1026), a skuteczność hamowania działania wolnych rodników na skórę została potwierdzona w testach in vivo i in vitro.
Olejek ze słodkich migdałów zapewnia maseczce niezwykłe walory aplikacyjne, a dodatkowo działa jako naturalny emolient, wygładzając oraz nawilżając skórę. Łatwo się wchłania, nie pozostawia na skórze tłustego filtra, jednocześnie pełni funkcję ujędrniającą i pielęgnującą.
  
Jak widać po składach kosmetyków - czysta natura - i o to chodzi. Czas teraz na moje wrażenia. Obie maski mają typowo glinkowe konsystencję i pachną raczej ziemiście. Niebieska jest dotyku bardziej błotnista, żółta jakby bardziej piaskowa. Poczas nakładania wykonywałam delikatny peeling, jak zaleca producent. Po nałożeniu masek czułam lekkie mrowienie, które jednak po chwili ustało. Nie zrażałam się tym, dla mnie to oczywisty znak, że maska działa. Już podczas zmywania czułam, że skóra jest mocno nawilżona. Takie samo nawilżenie w przypadku obu masek, może bardziej w przypadku tej ze smoczą krwią. Wiele kosmetyków nawilżających używałam, ale takiego efektu jeszcze nie odczułam. Po zmyciu twarz nie wymaga już żadnego kremu - po prostu nie będzie w stanie go wchłonąć. Nakładałam tylko lekkie, żelowe serum.  Skóra miękka, wygładzona, wyrównany koloryt, promienna. Żółta glinka powoduje, że jest bardziej jędrna, chociaż i po niebieskiej czuć że jest dobrze napięta. I co najważniejsze - niebywała gładkość skóry - aż chce się dotykać! W ofercie jest jeszcze maska różowa Intensive Care, którą mam zamiar wypróbować jako następną. Możecie je zamówić tutaj Sklep Cobest.